poniedziałek, 3 lutego 2014

powroty

Chyba znów powrócę na bloga, którego i tak pewnie nikt nie czyta ;)
Nie wiem jeszcze w jakiej wersji wrócić, bardziej przegadanej, czy bardziej obrazowej...

Zacznę od spacerów jakie robię co jakiś czas po moim mieście.
Ostatnio odwiedziłam okolicę, której unikałam wiele lat, czyli miejsce, gdzie spędziłam pierwsze 3 lata z życia.
Gdyby nie walka mojej mamy, pewnie tam dane by mi było wzrastać i kształcić się...
Co by ze mnie wyrosło? ;)


A jednak to, że tam urodziłam się, było ważne także w moim życiu duchowym dziś.
Po moich urodzinach zostałam zaniesiona przed obraz Matki Bożej Częstochowskiej w katedrze praskiej. Ona wzięła mnie w opiekę :) i prowadzi... może między innymi poprowadziła mnie znów na Pragę? :)




środa, 25 lipca 2012

lód - manna

Jednak z góry wydał rozkaz chmurom *
i bramę nieba otworzył.
Jak deszcz spuścił mannę do jedzenia, *
podarował im chleb niebieski.

U mnie było prawie podobnie. Otóż, podczas urlopu nastały wielkie upały, a my z małą turystyczną lodóweczką pojechałyśmy właśnie na działkę. Zimą nasza działkowa lodówka popsuła się.
[baj de łej - dwa dni temu zrobiłyśmy z niej regalik]:)
Ale wracając do początku lipca i upałów. Po jednym dniu oczywiście lodóweczka turystyczna nie nadawała się do użycia, a produkty w niej umieszczone traciły swą świeżość z godziny na godzinę. Drugiego dnia na kilka godzin pojawili się sąsiedzi, którzy schłodzili nam taki specjalny wkład do lodówki. Jednak upały trwały nadal, więc pomogło to na krótko.
Trzeciego dnia, kiedy odnawiałyśmy figurkę Matki Bożej (zdążyłam ją pomalować farbą), przyszła sobie taka mała, ciemna chmurka. Zagrzmiało i z nieba poleciał grad wielkości grochu i fasoli.
 Długo nie myśląc wyskoczyłam na zewnątrz domku i nazbierałam cały garnek tego lodu z nieba. I cieszyłam się nim prawie jak Żydzi manną na pustyni. Dzięki temu dotrwałyśmy kolejne dni, a nasze porodukty żywnościowe zachowały świeżość (brzmi jak w reklamie! ;) ).
Tak to właśnie Pan Bóg o nas się troszczy:)
Zawsze wie czego nam trzeba. Czasem działa z mocą grzmotów, czasem delikatnością łagodnej ciszy.
Trzeba tylko wyostrzyć oko i ucho na Bożą obecność w codzienności!! 

wtorek, 24 lipca 2012

Wracam do biegu po falach.
Myślę, że warto jest po prostu spisywać sobie to co dzieje się w duszy, jak Pan Bóg działa z mocą i delikatnie :)
Jak będą gorsze dni, zawsze będę mogła tu zajrzeć i przypomnieć sobie tą Bożą czułość wobec nas...

wtorek, 16 sierpnia 2011

Niech serce stanie się niebem!!


Jakiś czas temu Pan Bóg przeorał moje serce dość mocno.
Trochę mnie to szokowało i na pewno mocno bolało, ale z bólu rodzi się coś piękniejszego.
To jest niesamowite, że powierzając Bogu swoje życie i poddając się takiemu przeoraniu serca z ufnością i wiernością, wydobywa się nowy człowiek, niczym wydobyty Eustachy spod smoczych łusek z powieści Lewisa.
Nie wiedziałam, że tak mogę być jeszcze zaskoczona, tak wiele może mnie zadziwić i wciągnąć:) I że różne pieśni uwielbienia mogą stać się szczerą muzyką mojego serca.
Jedyne czego pragnę, to tylko, aby to trwało już zawsze.
Wiem już, wiem, że taka łaska nie jest na stałe, że potem trzeba już starać się samemu.
Mam nadzieję, że starczy mi sił, żeby iść tą drogą i trwać w tym jak najczęściej.
Może to jest wreszcie powrót do mojego biegu po falach :)
W każdym razie mogę z radością śpiewać:
Jesteś moim Światłem
Jesteś moim Życiem
Ma Miłości
Mój Ty niebiański zachwycie
Jesteś pieśnią duszy
Co ma zwrotek siedem
Wielbię Ciebie
Tęsknię i czekam
Więc przybądź, nie zwlekaj
Niech serce me stanie się niebem
:))

piątek, 8 kwietnia 2011

mija rok


Wczoraj postanowiłam znów słuchać przez mini słuchaweczki pieśni wielkopostnych, jakie zazwyczaj śpiewamy w kościele podczas Triduum. Siedzę w pracy, pracuję, a w uszach brzmią pieśni jedna za drugą. Jedna piękniejsza od drugiej... Stare, tradycyjne i te dominikańskie...

No i zaczyna się kolejna piękna - Krzyża wznoszą się znamiona...

Piękna... ale przez całe moje ciało przeszedł w tym momencie lód. Nagle tak jakbym znalazła się na mrozie, przeszył mnie tak wielki chłód. Oczy zaszły łzami... wcisnęłam w nośniku STOP.

Wokół toczyło się normalne życie pracowe, wpadł kolejny mail od klienta, gdzieś dzwonił telefon, ktoś grzał sobie wodę na herbatę, ktoś inny właśnie przyjmował kuriera.

A ja zawiesiłam się. Ta jedna pieśń nagle po prostu przypomniała mi te chwile sprzed roku.

Ta pieśń, która teraz w poście jest zrozumiała, a wówczas w przeddzień święta Bożego Miłosierdzia całkowicie nie na miejscu, brzmiała mi w uszach w tych samych chwilach gdy ginęli pod Smoleńskiem nasi rodacy...

Wciąż mam jeszcze smsa w komórce, aby modlić się za 87 osób, które zginęły jadąc do Katynia.

Przez rok nie słuchałam tej pieśni. A w czasie gdy trwały pogrzeby nie słuchałam muzyki w ogóle. Nie byłam w stanie. Ja która bez muzyki chyba żyć nie mogę, która gdy tej muzyki nie ma w koło, to zaraz gdzieś odtwarza w głowie melodie wszelakie... przez dwa tygodnie nie byłam w stanie słuchać muzyki. Cisza w głowie. Żadnych pieśni, nawet tych pięknych.

Potem wsączył mi się kawałek Lorenca...i trwał czas jakiś, aż rytm serca, rytm ducha się wyrównał.

Życie po trosze wróciło do normy. Nowe sytuacje, nowe relacje... po prostu życie.

Teraz Wielki Post. No i te piękne pieśni... a pośród nich ta jedna, ta która wygrała mi w głowie 10 kwietnia... smutek z dalekiej Rosji

środa, 29 września 2010

czas spojrzeń, czas wspomnień

On:
Zbliżała się osiemnasta. Wskoczył do autobusu, miał do przejechania jeden przystanek i już będzie na miejscu.
Nie jest ze mną tak źle jeszcze – pomyślał – bieg od tramwaju i skok do autobusu! Ech, może się nie spóźnię.
Przeszedł kawałek do przodu autobusu, zerknął na wyświetlacz godziny i wrócił znów bliżej tyłu do drzwi. Stanął przy wyjściu i zerknął na dziewczynę, która właśnie usiadła blisko drzwi. Spojrzał w momencie gdy jej oczy spotkały się z jego oczami. Uśmiechnęła się lekko i ciut speszona spuściła oczy.
Te oczy. Skądś je znał. Rozpoznawał je. Znał, ale skąd? To spojrzenie. Takie samo…

Tak już wiedział. Pierwszy raz zobaczył je w sierpniu. To były oczy Halszki.
Halszka – dziewczyna, którą mijał kilkakrotnie podziwiając jej sprawne ręce w opatrywaniu różnych ran kumpli. Któregoś dnia sam trafił do niej z małą raną postrzałową. Wówczas gdy taki zbolały poddawał swoje ramie Halszce, a ona zakładała opatrunek, czuł że jest w dobrych rękach.
Patrzył w jej oczy. Ona uśmiechnęła się lekko, po czym uciekła oczami czując małe speszenie. Była starsza od niego chyba z 7 lat. On miał 18-ście, chociaż wyglądał dojrzalej, a wracając po wyczerpujących walkach, osmalony, ubrudzony w ogóle nie przypominał chłopca. Od tamtej chwili opatrunku pewnego sierpniowego popołudnia zaczął częściej przybiegać do niej. Najpierw pod pozorem poprawienia opatrunku. A to trochę za ciasno jest zrobiony, chociaż trzymał się dobrze, a to za luźno.
Halszka była coraz bardziej speszona. Tym bardziej, że inne dziewczyny zaczęły się trochę podśmiewać, że ma tak młodego adoratora.
Pewnego jednak dnia, gdy usłyszały rozmowy chłopaków, jak to dzielny jest ten 18-latek, trochę zaczęły zazdrościć Halszce.
A on tym czasem biegał tam gdzie go wysyłano, walczył jak mógł najlepiej i jak tylko mógł wracał w okolicę gdzie były dzielne dziewczyny, a przede wszystkim Halszka. Czasem w czymś jej pomógł. A czasem tylko usiadł niedaleko i patrząc w jej oczy zasypiał oparty o ścianę. Rozmawiali mało, bo nie było na to czasu. A jak już był, to zmęczeni po prostu wymieniali się uśmiechem i zasypiali.
16-tego września, przyprowadził rannego kolegę. Na próżno szukał wzrokiem swojej dziewczyny „od spojrzeń”. Nie było czasu znów musiał biec walczyć. Wrócił dopiero późną nocą. Nadal nigdzie nie było Halszki. W końcu odważył się i spytał inną dziewczynę, co się stało. Dowiedział się. Tego dnia, przez Belgijską przedzierała się pewna starsza, czarnowłosa kobieta. Mówiła, że musi iść do córki, która została sama z synkiem. Taką okazje wykorzystał gołębiarz i w porze obiadowej strzelił w nogi pani Antoniny. Gdy ta padła, Halszka widząc to postanowiła pobiec po ranną kobietę. Zabrała torbę z opatrunkami i pochylona pobiegła ul. Belgijską. Gołębiarz tylko na to czekał. Strzelił do nich obu. Tym razem już nie w nogi. Strzały były śmiertelne…

Tak, po tylu latach to wszystko wciąż w nim żyło. On spieszący na Mszę rocznicową, przez jedno spojrzenie dziewczyny z autobusu, czuł jak serce mu bije mocniej, jakby Halszka była znów blisko. Autobus zahamował. Wyskoczył znów dziarsko i już dostojniejszym krokiem skierował się w stronę kościoła.
Miał wrażenie, że nie idzie sam.
Skoro żyło to spojrzenie, to znaczy ta niewinna miłość nigdy nie umarła...

Ona:
Wsiadła do autobusu zmęczona już godzinną jazdą z przesiadkami. Nie była jednak rozżalona tą długą trasą z pracy do domu. Miała dziś dobry dzień. Dobre rozmowy za sobą, trochę radości i uśmiechów.
Usiadła przy drzwiach. W stronę przodu autobusu szedł odświętnie ubrany żołnierz. Na ramieniu miał biało-czerwoną opaskę z inicjałami AK. Aż dziw brał, szedł jak młody człowiek, nie widać było, że to starszy pan.
Zaczął wracać do drzwi. Rozglądał się, tak jakby szukał za oknem jakiegoś charakterystycznego punktu. Widać było jakby się uspokoił, że znalazł.
Ach, prawdziwy Powstaniec! Niesamowite! Niby nie raz widziałam, od dzieciństwa zawsze mi imponowali Powstańcy. Teraz już ich tam mało zostało -myślała wpatrując się w starszego mężczyznę.
Ich oczy spotkały się na moment.
Kocham was młodzi – starsi już Powstańcy! – powiedziała w duchu i szybko zorientowała się, że patrzy na żołnierza z zachwytem. Speszyła się, spuściła oczy. Zerkała jeszcze na mundur, na dłonie żołnierza, na biało-czerwoną opaskę.
Autobus zatrzymał się przy kościele. Żołnierz wysiadł. Spojrzała za nim. Szedł znów takim ładnym krokiem, jakby miał 20 lat.
Ciekawe gdzie walczył? Na Starówce, w Śródmieściu, a może na Mokotowie?
A może był gdzieś w okolicach Belgijskiej, gdzie zginęła prababcia idąc do cioci Gieni wraz z ratującą ją sanitariuszką…
Autobus ruszył zostawiając powstańcze rozmyślania pasażerki za sobą, jadąc ku codzienności jesieni 2010 roku.


środa, 25 sierpnia 2010

dłoń


... miła przyjacielska chwila nagle się urwała. Poczułam jak kolega T. wtula się w moją szyję i zaczyna ją całować. Myślami szukałam odpowiedzi na pytanie, daczego to się dzieje?
Czy T. jest pjany, czy na tyle zmęczony, że mnie z kimś myli? Dlaczego teraz? Na dodatek w gronie kilku osób, którzy zmęczeni po długiej drodze wlepiali wzrok w swoje kubki z herbatą.

Starałam się ręką dotknąć czule M., ale ten odsunął się nerwowo obdzielając mnie spojrzeniem rozczrowania i jenoczesnej krytyki "jak możesz być tak niewierna T.!" Prawie widać było te słowa w oczach.

W końcu T. wstał i usiadł po drugiej stronie stołu, gdzie był jego kubek z gorąca herbatą.
Poczułam się, jakbym została uwolniona od tony ciężaru.

Znów zaczełam wzrokiem szkać zroku M. Nie czekając na znów karące spojrzenie po prostu złapałam jego dłoń. Ścisnęłam. On również ścisnął. Trzymał. Nie odepchnął.
Poczułam się bezpiecznie. Nie było już karcącego spojrzenia. Był pokój w jego oczach chociaż na mnie nie patrzył.
Nie wiedziałam, czy zrozumiał, że ta dziwna chwila z T. była dla mnie zaskoczeniem.
Trzymał moją dłoń mocno, nie zabierał swojej, to mi wystarczało.
Ktoś powiedział nagle, żeby się o jedno miejsce przesunąć. Pomyślałam "on wykorzysta ten moment i się ode mnie uwolni"
Dalsze zmory mojej świadomości mknęły jak błyskawice: "oczywiście zaraz Ciebie odtrąci", "a czego się spodziewałaś, że jesteś dla niego kimś ważnym?"

Przesiadając się, szukałam pod stołem tej dłoni...Ona także szukała mojej:) Znów się spotkały. Trzymałam znów jego dłoń mocno. Czułam ten sam uścisk. Trwałam tak z coraz większą radością...
aż usłyszałam budzik!!

Wciąż czułam dłoń M.,dlatego bałam się otorzyć oczy, ale obowiązek pójścia do pracy zmusił mnie do ich otwarcia. Zanim to zrobiłam, jeszcze się upewniałam, że czuję nasze splecione dłonie.

Żal mi było przerwać tą senną chwilę.

Sporzałam... Ręka była pusta. Ułożona tak, jakby trzymała drugą dłoń...